Pierwszy raz upiłem się do nieprzytomności, gdy miałem 15 lat. Koledzy przynieśli mnie do domu. Nie potrafiłem wypić jednego kieliszka, musiałem pić do oporu. W towarzystwie nigdy nie upiłem się. Wszyscy byli pijani, a ja nie. Zawsze było za mało dla mnie, by się upić.

Ostatni alkohol wypiłem 21 czerwca 1993 r. w tym dniu była piękna, słoneczna pogoda. Ja wracając z przychodni leczenia uzależnień byłem po rozmowie z psychologiem Grażyną P., której słowa pamiętam do dzisiaj „Boguś Ty jesteś dla mnie ważny”, akurat jej uwierzyłem – obca kobieta i ja jestem dla niej ważny. Byłem po kilkutygodniowym ciągu, rozbity psychicznie i fizycznie. Wstąpiłem do sklepu kupiłem piwo i za sklepem je zaraz otworzyłem i zacząłem pić, ale smakowało jakoś inaczej, bo w głowie kotłowały się myśli z rozmowy odbytej z panią psycholog. 0kazało się, że to piwo było moim ostatnim do dziś wypitym alkoholem. 0d pani psycholog dostałem zadanie – przez tydzień miałem chodzić na mityngi AA i tak też zrobiłem. Po tygodniu rozpocząłem terapię na oddziale dziennym w moim mieście, na którą uczęszczałem z wielką nadzieją na ...... no właśnie na co?

Byłem nałogowym pijakiem. Straciłem zupełnie dobrą pracę i przyjaciół. Ciągle byłem źródłem konfliktów z bliskimi, którzy próbowali powstrzymać mnie od alkoholu. Piłem sądząc, że jestem najsilniejszym, najcwańszym człowiekiem na świecie, że nic nie może mnie powstrzymać.

Przeczytałem w „Zdroju” artykuł pt : „Czy było warto”, kończył się on słowami;.....Za abstynencję płacę samotnością i brakiem radości w życiu. Teraz zadaję sobie pytanie bez odpowiedzi – czy było wato?”. Koniec cytatu. Kiedyś na początku swojej drogi byłem w podobnej sytuacji. Mityngi, dopóki nie pojąłem istoty 12 Kroków kojarzyły mi się z religią. Byłem ateistą, tak sam siebie określałem, uważałem, że wspólnota, religia, to jedno.

Mój pierwszy kontakt z alkoholem miałem w wieku 10 lat. Upiłem się do nieprzytomności tak, że nie wiedziałem o bożym świecie. Później przez jakiś czas nie było w moim życiu alkoholu, gdyż po uprzednim upiciu się bardzo chorowałem, miałem wymioty i strasznie bolała mnie głowa i w ogóle mi nie smakował.

Nadszedł w końcu dzień, kiedy zostałem sam i nie widziałem żadnej nadziei dla siebie. Wychowywałem się w rodzinie, gdzie alkohol był codziennością. Przyzwyczaiłem się do ciągłych odwiedzin znajomych i wieczornych powrotów z zaplanowanych spotkań towarzyskich.